/spisane w poniedziałek, 25 marca 2013/

 
W rozegranym w dniu jutrzejszym meczu w ramach eliminacji do finałów mistrzostw świata w piłce nożnej Polska pokonała drużynę San Marino 4 do 0 (słownie: cztery do zera).
 
Bramki dla naszej drużyny zdobyli Lewandowski (33), Rybus (66) oraz Riplej (33, 66). Przy czym warto zauważyć, że swoje bramki Riplej strzelał jeszcze w tej samej minucie co Lewandowski i Rybus. Sprytnie wykorzystywał sytuacje, gdy przeciwnicy nie zdążyli jeszcze wznowić gry a on – bach, i bramka; sru… i gol. Szybkostrzelny zawodnik. Takich nam potrzeba więcej.
 
Tu wtrąciła się - z uwagą - Redaktorka Naczelna znająca języki, że Riplej nie pisze się Riplej, tylko Replay.
 
Ale jak ów Replay ma na imię, nie potrafiła mi powiedzieć. Zadzwoniłem do kumpla (z czasów PRL i Laty) i on mi wyjaśnił, że Replay to tak naprawdę niejaki Powtórka. Ów zawodnik, kiedy wyjechał  do UK na kontrakt, to zmienił nazwisko na Replay. Doszedł bowiem do wniosku, że dzięki temu kibole będą go dopingować po każdym golu. Strzelonym przez kogokolwiek.
 
Wracając do meczu.
 
Nasza drużyna zagrała fantastycznie, chwilami miażdżyliśmy przeciwników – stąd 1 żółta i 1 czerwona kartka w kieszonce bluzy sędziego oraz 2 rzuty rożne i 93 wrzuty z autu.  Gdyby nie 4 słupki  i 2 poprzeczki (oraz 1 piłka), goli mogło być więcej. Dużo więcej. No cóż, szczęście sprzyjało naszym rywalom. Zresztą, popatrzmy na statystyki:
 
Posiadanie piłki  (ang. ball possession ):
- Polska – 60% (w tym Boruc: 14%),
- San Marino - 20%,
- Chłopcy do podawania piłek - 18%,
- Sędzia główny – 2%.

Widzów:   58 tysięcy  minus 2 persony  (Prezydenta i Premiera nie było na trybunach – dlaczego?). Same „krewetki”;  i jak tu grać, panie premierze, jak grać, kurna mać?
 
Nasza drużyna grała odważnie i porywająco; środkiem i bokiem; skrzydłami i flankami; górą i dołem, w tę i nazad.  Atak szedł (sic!) za atakiem. Obrona za obroną. Glik szedł za Rybusem. Rybus szedł za Majewskim. Pełna wymienność pozycji i propozycji. Nawet Boruc zamieniał się pozycją z prawym, defensywnym pomocnikiem.  Tak mu się to spodobało, że po przerwie zamienił się pozycją na boisku ze swoim vis-à-vis. A „adresowanie piłki końcem buta”? Palce lizać! I tylko jedna kluczowa zmiana miała miejsce w stosunku do meczu z Ukrainą: Kosecki zmienił gumę w swoich spodenkach. Na mniej elastyczną. I to wystarczyło!
 
Nawet nasze faule były niespotykanej - na europejskich boiskach – urody; trawa (co pozostała na boisku) została uklepana i wyrównana. Zaangażowanie naszych piłkarzy było tak wielkie, że można wybaczyć naszemu lewemu obrońcy, że już w 7 minucie sfaulował naszego playmaker-a (tzw. "piłkarza kreatywnego").  Ten zaś zachował się nader odpowiedzialnie i sprytnie (ang. smart); oddał bowiem dopiero w przerwie meczu. W szatni. Tak więc sędzia nie mógł tego widzieć. Brawo, wilk syty i owca cała!
 
Generally speaking  (pol. ogólnie ględząc), sędziowanie było akuratne i na czasie. Gwizdek sędziego taktowny ale mocny, 3-oktawowy. Brzmienie zróżnicowane w zależności od sytuacji na boisku i atmosfery na trybunach. Na marginesie, podobno zagraniczni sędziowie jadąc na mecz do Warszawy zabierają ze sobą dwa różne gwizdki: jeden normalny i drugi wodoodporny. W jutrzejszym meczu arbiter mógł wprawdzie ( w 67 minucie) podyktować rzut karny dla San Marino, ale ponieważ nie musiał, więc tego nie zrobił. Trudno zatem mieć do niego pretensje. W ogóle sędzia niczym nie przypominał pewnego arbitra z polskiej ligi, który w protokole pomeczowym napisał tak:
 
Wynik zawodów 2:0. Ale moim zdaniem (zdaniem sędziego – przyp. Stary Wrocek) powinno być  0:0, albowiem obie bramki padły ze spalonego.”
 
Wracając do meczu.
 
Najważniejsze, że Lewandowski się wyłamał, tj. przełamał i dał nam przykład… prowadzenie (już w 33 minucie). Niestety, dojdzie chyba do skandalu dyplomatycznego. Otóż jeszcze w trakcie drugiej połowy, zwołał swoją konferencję prasową trener Borussi – niejaki Herr Klopp. Oznajmił licznie zgromadzonym niemieckim dziennikarzom, że nie wystawi Lewandowskiego w najbliższym meczu Borussi, albowiem, cytuję: „Lewandowski strzelając gola drużynie San Marino przekroczył zapisy kontraktu mówiące o tzw. dopuszczalnej ‘kwocie goli’ ”, które Lewandowski może strzelać w określonym przedziale czasu. Poinformował już o tej sprawie panią kanclerz Merkel - ta wyraziła zaniepokojenie rządu niemieckiego zaistniałą sytuacją.
 
Proszę się nie dziwić: mogli nam określić kwoty na mleko i zboże to mogli i na gole. Premier Tusk i minister Sikorski już ponoć skierowali stosowny dezyderat do kanclerz Merkel.  Sikorski obiecał, że już w meczu z Mołdawią (lub Czarnogórą, nie jestem pewien)  Lewandowski na pewno nie będzie strzelał. Kto wie, może coś wskórają. Teraz dla wszystkich powinno być jasne, dlaczego Lewandowski przez ponad 300 dni nie strzelał goli grając w reprezentacji – po prostu nie mógł, bowiem wyczerpywał bieżącą, dostępną ‘kwotę goli’  strzelając w rozgrywkach ligowych i pucharowych.
 
Wracając do meczu.
 
Drużyna San Marino nie była dla nas łatwym przeciwnikiem, Wystarczy zdać sobie sprawę z trudności piętrzących się przed naszą reprezentacją. Nasi zawodnicy grają w różnych krajach i temperaturach. Na różnych boiskach (w sensie wymiarów też). Funkcjonują w  różnych strefach walutowych (euro, złoty, funt…) - porównanie przez nich swoich zarobków musi być stresujące i pochłaniać czas.  Przebywają  na co dzień w różnych obszarach wpływów politycznych i militarnych. Posługują się (mówią do nich) różnymi językami. Zgrać to wszystko do kupy, przy zmiennych kursach (walut , PKP i PKS)  to prawdziwe wyzwanie.
 
A przeciwnicy? Proszę zwrócić uwagę, że wszyscy, podkreślam, wszyscy zawodnicy drużyny San Marino są aktualnymi reprezentantami swojego kraju – czyli tej samej drużyny! Siłą rzeczy muszą być zgrani, dopasowani, naoliwieni jak trybiki w skomplikowanej maszynie. Ponadto należy pamiętać, że nasi przeciwnicy w dotychczasowej historii swoich występów w eliminacjach czy to do ME czy do MŚ -  nigdy, powtarzam NIGDY (tj. do jutrzejszego meczu) nie przegrali na naszym Stadionie Narodowym. Co niewątpliwie działało na ich korzyść.
 
Tym bardziej możemy być dumni z naszych chłopców! Tak …  chłopców.
 
Co dalej?
 
Ano dzięki jutrzejszemu zwycięstwu jesteśmy cały czas w grze. Awans i wyjazd do Brazylii wciąż znajduje się na wyciągnięcie ręki.
 
Na wyciągnięcie ręki przez Ukraińców…